Z Cullenami przyjaźnię się już dwa miesiące. Nawet nie marzyłam o tym że będę częścią jakiejś paczki. Dzisiaj był chłodny listopadowy dzień. Nowość dla mnie wychowanej w upałach Arizony. Musiała kupić sobie wiele ciepłych ubrań przez co zostało mi mało kasy. Charlie ostatnio zachowywał się dziwnie, już nie tylko całe dnie i noce spędzał w pracy, był nieustannie podenerwowany, było widać że czymś się martwi. Kiedy tylko próbowałam z nim o tym porozmawiać zbywał mnie albo wykręcał się na 1000 sposobów.
Dzisiaj na lekcji wdż mieliśmy napisać gdzie chcielibyśmy pojechać na wycieczkę. Niestety to nauczycielka dobierała w grupy i zostałam w grupie tylko z Alice. W naszej grupie byli jeszcze 3 chłopcy David, Camill i Martin. Zaczęliśmy pisać bez ładu i składu, każdy coś dorzucił. Potem nadeszło najtrudniejsze... kto czyta.
- Ja pisałam - powiedziała Alice
- Dlatego przeczytasz - sprzeczał się z nią David
- Dobra to wyliczanka - zaproponował Camill
Po kilku wyliczankach Martin zaczął grać nie czysto:
- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć... Bella !
- Jedenaście, dwanaście, trzynaście, czternaście, Martin - kontynuował David
Wszyscy zaczęliśmy się śmiać.
- Dobra koniec- ogłosiła nauczycielka
Wszyscy zaczęli czytać swoje prace. U nas skazaną na czytanie okazała się Alice.
- Podeszliście do tego bardzo realistycznie. - powiedziała nauczycielka
- Może tamta klasa będzie miała ciekawsze pomysły. - Skwitował Adam
W tym momencie zadzwonił dzwonek.
- Ustawcie się pod szkołą dzisiaj mamy sprzątać las. - Przekrzykiwała tłum nauczycielka.
----W LESIE----
- Który to już worek ? - zapytałam.
Las był bardzo zaśmiecony. Chłopcy wynosili odkurzacze, zabawki, komputery... i inne niezidentyfikowane przedmioty.
- Szósty - Odpowiedział Eric.
Sześć worków. Uff.
- Ej !! Patrzcie wąż !! - Krzyknął Mike ze żmiją w dłoni.
Ja i inne dziewczyny odbiegłyśmy od niego z krzykiem.
- Hahah, nie bójcie się jest martwy - Powiedział wrzucając go do worka. No, oprócz tego węża nic straszniejszego nas nie spotkało.
Po szkole umówiłam się z naszą paczką na siłownie, ale kiedy tam dotarłam nie było Cami ani Lucasa. Wśród moich przyjaciół stał młody chłopak około 14 lat, chyba Meksykanin.
- Cześć Bella, to Diego Gonzalez, mój chłopak - przedstawiła nas sobie Bree.
- Miło poznać - przywitałam się
- Wzajemnie - odpowiedział
- Cami i Lucasa nie będzie - powiedziała Sarah, która przyjechała przed chwilą z Adamem w interesującym samochodzie. Chyba powoli podchodzi pod zabytek.
- Coś się stało - Zapytała Rose
- Cami pojechała do dziadków a Lucas ma grypę.
Poszliśmy w głąb siłowni. Emmet podnosił sztangi a Eddie był widownią. Uśmiechnął się na mój widok, kiedy tylko na niego spojrzałam zaparło mi dech w piersiach, chciałam jego bliskości, chciałam być przy nim już na zawsze. Po chwili czar prysł. Czemu tak o nim myślałam ? To przecież mój przyjaciel. Na razie, szepnął głos w mojej głowie.
- Adam wsiadasz na rower - zarządziła Alice
- Czemu ? - zapytał Adam
- Bo wszystko inne jest już zajęte - Powiedziała pokazując na resztę którzy zaczęli ćwiczyć już na różnych sprzętach.
Usiadłam obok Edwarda
- Czemy Bella nie ćwiczy ? - zapytał Alice z wyrzutem Adam
- Bella nie ma, ochoty a poza tym ktoś musi zabawiać Eddiego - odpowiedziała Alice
- Wielkie dzięki siostra - powiedział sarkastycznie Ed
- Nie ma za co, ja też z wami posiedzę i popodziwiam - powiedziała patrząc na Jaspera.
Siedziałam obok Eddiego, nie wiem czemu czułam się dziwnie skrępowana on chyba też, unikaliśmy się siebie wzrokiem. Siedzieliśmy tak kilkanaście minut. Nagle Alice krzyknęła:
- Adam co ty robisz ?
Adam siedział na rowerze pochylony do przodu i oczywiście nie pedałował.
- Zjeżdżam z górki - odpowiedział wesoło.
Nie mogliśmy się nie zaśmiać. Ze śmiechu Emmet upuścił podnoszoną sztangę i wszyscy musieliśmy biec mu na ratunek. Na prawdę nie było lekko. Wracaliśmy roześmiani samochodem Sarah bo oczywiście reszta była na piechotę. Nie wiem jak się tam zmieściliśmy w 10 osób ale udało się. Kiedy Sarah wjechała na podjazd po otworzeniu drzwi dosłownie wypadliśmy z samochodu.
Weszliśmy do domu Diega był mały ale przytulny i pięknie urządzony. W salonie siedzieli jego rodzice. Ojciec wysoki i siwy a mama niska i czarnowłosa. Było widać że są z Meksyku.
- Przeprowadziłeś kolegów ! - Jego mama wstała i z szerokim uśmiechem przywitała się z nami - Miło cię widzieć Bree. Ten chłopczyk to twój brat ? - Powiedziała patrząc na Eddiego. Śmiesznie to zabrzmiało.
- Tak to Eddie, a to mój drugi brat Emmet i siostra Alice.
- Was już znam - powiedziała kiwając na Hale`ów i Adama i Sarah - A ty to pewnie córka Charliego, Bella ?
- Tak prosze pani.
- Jesteś taka podobna do... w sumie do obojga rodziców.
- Dziękuję.
Poszliśmy za Diegiem na górę.
- Przyniosę wam kanapki.- oświadczyła mama Diega.
- Mamo nie...
- Przyniosę kanapki.- przerwała mu i poszła do kuchni.
Weszliśmy do pokoju Diega. Ściany były pomalowane na ciemny pomarańcz. Na parapecie stały kaktusy a ściany i meble były obklejone plakatami. Usiedliśmy na podłodze i zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i o niczym. Kiedy przyszła pani Gonzalez, Diego oblał się rumieńcem. Oczywiście dzięki chłopcom kanapek nie było po 5 minutach.
_______________________________________________________
Wiem, wiem rozdział niezbyt udany :( .
super
OdpowiedzUsuńczekam na więcej
OdpowiedzUsuń