Oficjalnie zakończam bloga.
Czemu ? Po prostu minęła mi faza na Zmierzch i mimo prób nie potrafię dalej tego pisać. Dziękuję dla tych co czytali mego bloga. Raczej już tutaj nie wrócę.
Żegnam, przepraszam, dziękuję i pozdrawiam.
Bella i Edward - Historia prawdziwa
wtorek, 1 listopada 2016
środa, 20 lipca 2016
Rozdział 13
Stałam w lesie przy jeziorze w którym odbijał się blask księżyca. Wszystko wokół pokrywała mgła, srebrna mgła, nie wiem czemu ale miałam wrażenie że już tu kiedyś byłam. Nagle z lasu zaczęły wynurzać się cienie. Otoczyły mnie. Nie mogłam złapać powietrza. Wszystkie rzuciły się na mnie raniąc skórę i rwąc ubranie. Krzyczałam, wołałam o pomoc ale nic to nie dawało. Czułam coraz większy ból. Nagle usłyszałam huk wystrzału. Wszystkie cienie rzuciły się do panicznej ucieczki tratując mnie po drodze. Ludzie z błyszczącymi ostrzami w dłoniach, którzy wyłonili się z lasu w zwartym szeregu, ruszyli za nimi w pogoń. Ja leżałam na zimnej trawie, powoli się wykrwawiając. Jeden z wybawicieli ukucnął przede mną. Jego twarz rozmazywała się ilekroć na nią patrzyłam, ale miałam jakieś dziwne wrażenie że już ją gdzieś widziałam.
- To już się zaczęło... musisz się obudzić. - Powiedział oddalającym się głosem, który niczym echo pobrzmiewał w mojej głowie, stopniowo cichnąc.
Obudziłam się zlana potem. Wszystko mnie bolało a na ciele miałam liczne zadrapania. Cały czas słyszałam słowa tajemniczej postaci: Już się zaczęło. Ale co się zaczęło ? Czułam że powinnam wiedzieć. Szybko ubrałam się i wybiegłam z domu. Nie wiem, dlaczego biegłam, nogi same niosły mnie do celu. Zatrzymałam się przed wielkim domem. Ogrodzenie było wysokie na około trzy metry. Zastanawiałam się kto może tu mieszkać. Jednak nie zadzwoniła do drzwi, tylko pobiegłam dalej. Zboczyłam z drogi i wbiegłam na leśną ścieżkę, której też nie trzymałam się długo. Zanim się zorientowałam ścieżka zniknęła, a ja manewrowałam pośród kolczastych krzaków i pni drzew. Czym głębiej zagłębiałam się w las, tym drzewa zasłaniały coraz to większą część nieba. Wybudziłam się z transu kiedy byłam już głęboko w lesie. Spanikowałam. Nie wiedziałam gdzie jestem. Wiele godzin zajęło mi znalezienie ścieżki pośród bujnej roślinności. Długo szłam ledwo widoczną dróżką, aż w końcu znalazłam mały drewniany domek. Zatrzymałam się i przyglądałam budynkowi. Coś mi w nim nie pasowało. Nagle z jego wnętrza wydobył się przerażający krzyk. To wystarczyło żeby mój organizm zareagował i włączył się instynkt samozachowawczy. Odwróciłam się na pięcie i pędem pognałam przez las nie patrząc na to co jest przede mną. Czułam że ktoś biegnie za mną. Słyszałam to. Biegłam ile sił w nogach. Wywracałam się, wstawałam i biegłam dalej. W końcu zobaczyłam wyjście z lasu i przyśpieszyłam jeszcze bardziej. Obolałe nogi już odmawiały mi posłuszeństwa, ale ja i tak walczyłam z nimi o każdy kolejny krok. Wbiegłam na szosę. Zobaczyłam tylko światło i usłyszałam ogłuszający dźwięk klaksonu.
Potem była tylko ciemność...
______________________________________________________
Nie wiem czy funfiction będzie kontynuowane. Ten rozdział może być ostatnim. Dość sporo się męczyłam z napisaniem go, wiem że jest o wiele za krótki, w ogóle nie wiedziałam czy go kiedykolwiek opublikuje. Jeśli będę nadal tu pisać postaram się aby rozdziały były dłuższe. Przepraszam że tak długo czekaliście.
czwartek, 24 grudnia 2015
Bonus - Święta
To w zamian że musicie tak długo czekać na rozdziały (następny będzie niedługo, już jestem w połowie drogi ). Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku ! :)
_______________________________________________________
--Edward--
Obudził mnie donośny huk.
- Emmet !!!! - usłyszałem krzyk.
Niechętnie wstałem z łóżka. Dzisiaj było wyjątkowo chłodno, miałem ochotę z powrotem wskoczyć pod kołdrę, ale się przemogłem i nałożyłem wiszący na krześle szlafrok. Schodząc na dół coraz wyraźniej słyszałem rozgniewane głosy dobiegające z kuchni. Stojąc w drzwiach salonu zobaczyłem niecodzienny widok. Na podłodze leżały odłamki szkła i widać było plamy krwi. Ostrożnie przeszedłem przez pokój. Wchodząc do kuchni zobaczyłem Alice, której tata w tej chwili bandażował nogę i naburmuszonego Emmeta.
- Co tam się stało ?
Alice spojrzała na mnie.
- Ten kretyn upuścił salaterkę - powiedziała z zaciśniętymi zębami.
- Ej.. bez wyzwisk kazałaś mi przecież ją przynieść ! - jeszcze bardziej wkurzył się Emmet.
- Ale nie kazałam ci biec !!!
- Uspokójcie się. Emmet idź posprzątać szkło w salonie, zanim jeszcze ktoś się pokaleczy
Emmet oddalił się mrucząc coś pod nosem.
- Ciekawie zapowiadają się te święta - stwierdziłem.
- Jak tak dalej pójdzie to będziemy mieli płonącą choinkę - powiedziała Alice.
Tata skończył opatrywać Alice i wstał.
- Idę przypilnować Emmeta - powiedział kierując się ku drzwiom. - nie zbijcie mi tu niczego.
Rozejrzałem się po kuchni. Blat i stół obstawione były różnymi potrawami, ich zapach zachęcał do jedzenia, aż pociekła mi ślinka.
- Jak myślisz zorientują się jeśli trochę zabiorę z talerza - powiedziałem patrząc na sałatkę. Już po nią sięgałem gdy Alice mnie walnęła w rękę.
- Lepiej zjedz sobie kanapkę.
Westchnąłem i otworzyłem lodówkę. Nie chciało mi się robić kanapki więc wziąłem jogurt malinowy. Kiedy miałem już odchodzić od stołu przytrzymała mnie Alice
- Nie zapomniałeś o czymś ? - Alice trzymała w dłoni czerwoną tabletkę.
- Ah, tak - wziąłem ją i połknąłem - Dzięki.
Przeszedłem do salonu stała tam udekorowana przez nas choinka, a Emmet pod okiem taty zamiatał szkło.
- Tylko nie zapomnij go zebrać - rzuciłem na odchodnym.
Dla Emmeta miarka się przebrała i ruszył za mną w pościg.
- Dzień dobryyyy !!! - usłyszeliśmy głos. W przedpokoju stał Adam w kostiumie Mikołaja. - Proszę mi powiedzieć czy dzieciaczki były grzeczne.
- Oh... wcale - westchnęła teatralnie mama.
- Oj to nie dobrze, nie dobrze - Adam pokręcił głową.
Przeszliśmy do salonu, przebieraniec rozsiadł się wygodnie na fotelu.
- Oj, dzieciaczki będę musiał wam dać rózgę.
Adam skutecznie poprawił humor dla rodziców, a my mieliśmy świetny ubaw.
- Mikołaju, a czym ty tu przyjechałeś ? - zapytał Emmet.
- Czym prędzej Emciu, czym prędzej - Adam pociągnął Ema za policzek.
- Mikołaju a gdzie twój worek ? - Zapytałem Adama.
- Ho, ho, ho to historia na inny wieczór chłopczę, a jak nie chcecie dostać rózgi to poczęstujcie czymś Mikołaja.
- Oj, jak ta korupcja się szerzy, nawet ty Mikołaju - narzekał Emmet.
Poszliśmy wszyscy do jadalni gdzie czekał na nas świąteczny obiad. Posiłek minął w miłej atmosferze, w trakcie jedzenia barszczu Adam zrezygnował z noszenia brody, przez jedną małą plamkę. Potem zaczęliśmy śpiewać kolędy, jak zwykle Emmet strasznie fałszował.
_______________________________________________________
--Edward--
Obudził mnie donośny huk.
- Emmet !!!! - usłyszałem krzyk.
Niechętnie wstałem z łóżka. Dzisiaj było wyjątkowo chłodno, miałem ochotę z powrotem wskoczyć pod kołdrę, ale się przemogłem i nałożyłem wiszący na krześle szlafrok. Schodząc na dół coraz wyraźniej słyszałem rozgniewane głosy dobiegające z kuchni. Stojąc w drzwiach salonu zobaczyłem niecodzienny widok. Na podłodze leżały odłamki szkła i widać było plamy krwi. Ostrożnie przeszedłem przez pokój. Wchodząc do kuchni zobaczyłem Alice, której tata w tej chwili bandażował nogę i naburmuszonego Emmeta.
- Co tam się stało ?
Alice spojrzała na mnie.
- Ten kretyn upuścił salaterkę - powiedziała z zaciśniętymi zębami.
- Ej.. bez wyzwisk kazałaś mi przecież ją przynieść ! - jeszcze bardziej wkurzył się Emmet.
- Ale nie kazałam ci biec !!!
- Uspokójcie się. Emmet idź posprzątać szkło w salonie, zanim jeszcze ktoś się pokaleczy
Emmet oddalił się mrucząc coś pod nosem.
- Ciekawie zapowiadają się te święta - stwierdziłem.
- Jak tak dalej pójdzie to będziemy mieli płonącą choinkę - powiedziała Alice.
Tata skończył opatrywać Alice i wstał.
- Idę przypilnować Emmeta - powiedział kierując się ku drzwiom. - nie zbijcie mi tu niczego.
Rozejrzałem się po kuchni. Blat i stół obstawione były różnymi potrawami, ich zapach zachęcał do jedzenia, aż pociekła mi ślinka.
- Jak myślisz zorientują się jeśli trochę zabiorę z talerza - powiedziałem patrząc na sałatkę. Już po nią sięgałem gdy Alice mnie walnęła w rękę.
- Lepiej zjedz sobie kanapkę.
Westchnąłem i otworzyłem lodówkę. Nie chciało mi się robić kanapki więc wziąłem jogurt malinowy. Kiedy miałem już odchodzić od stołu przytrzymała mnie Alice
- Nie zapomniałeś o czymś ? - Alice trzymała w dłoni czerwoną tabletkę.
- Ah, tak - wziąłem ją i połknąłem - Dzięki.
Przeszedłem do salonu stała tam udekorowana przez nas choinka, a Emmet pod okiem taty zamiatał szkło.
- Tylko nie zapomnij go zebrać - rzuciłem na odchodnym.
Dla Emmeta miarka się przebrała i ruszył za mną w pościg.
- Dzień dobryyyy !!! - usłyszeliśmy głos. W przedpokoju stał Adam w kostiumie Mikołaja. - Proszę mi powiedzieć czy dzieciaczki były grzeczne.
- Oh... wcale - westchnęła teatralnie mama.
- Oj to nie dobrze, nie dobrze - Adam pokręcił głową.
Przeszliśmy do salonu, przebieraniec rozsiadł się wygodnie na fotelu.
- Oj, dzieciaczki będę musiał wam dać rózgę.
Adam skutecznie poprawił humor dla rodziców, a my mieliśmy świetny ubaw.
- Mikołaju, a czym ty tu przyjechałeś ? - zapytał Emmet.
- Czym prędzej Emciu, czym prędzej - Adam pociągnął Ema za policzek.
- Mikołaju a gdzie twój worek ? - Zapytałem Adama.
- Ho, ho, ho to historia na inny wieczór chłopczę, a jak nie chcecie dostać rózgi to poczęstujcie czymś Mikołaja.
- Oj, jak ta korupcja się szerzy, nawet ty Mikołaju - narzekał Emmet.
Poszliśmy wszyscy do jadalni gdzie czekał na nas świąteczny obiad. Posiłek minął w miłej atmosferze, w trakcie jedzenia barszczu Adam zrezygnował z noszenia brody, przez jedną małą plamkę. Potem zaczęliśmy śpiewać kolędy, jak zwykle Emmet strasznie fałszował.
sobota, 5 grudnia 2015
Rozdział 12 - Aktualny
To aktualna wersja, przez przypadek dodałam nie poprawiony rozdział i niestety zorientowałam się dopiero teraz.
_______________________________________________________
~Bella~
Weszłam do sali spodziewając się jak zwykle śpiącego Eda, ale zobaczyłam to o czym marzyłam od pięciu dni. Edward był całkiem przytomny i rozmawiał z Adamem. Zamurowało mnie, nie mogłam się poruszyć dopóki Eddie nie wypowiedział mojego imienia. Nie wyglądał dobrze, nadal był blady i raczej mizerny, ale piękny uśmiech na jego twarzy sprawił że motyle zawirowały mi w brzuchu.
- Eddie - rzuciłam się w jego stronę ale Adam złapał mnie i przytrzymał.
- Uważaj księżniczko bo zmiażdżysz śpiącego królewicza - Na ustach miał wredny uśmieszek.
Usłyszałam dzwonek telefonu, Adam mnie puścił, wyjął telefon, zerknął na wyświetlacz. Jego twarz spoważniała, nie mogłam odczytaj pozostałych emocji, ale to chyba było coś ważnego, może mi się wydawało ale zauważyłam że był lekko przerażony. Pewnie to moja wyobraźnia. Adam z pośpiechem skierował się ku drzwiom.
- Zostawię was samych, ale nie martwcie się, wrócę. - dodał na odchodnym.
Nastała krępująca cisza. Nie wiedziałam jak ją przerwać. Już nie myślałam o tajemniczym telefonie. W pewnym momencie Ed z wahaniem dotknął mojej dłoni. Zaskoczył mnie i wyraźnie czekał na moją reakcję. Niepewnie odwzajemniłam uścisk i posłałam mu swój uśmiech.
- I nie strasz mnie tak więcej. - to były jedyne słowa które przyszły mi w tej chwili do głowy.
-----Dwa tygodnie później-----
---Edward---
Właśnie spadł pierwszy śnieg. W tym roku wyjątkowo późno zaczęła się zima. Wpatrywałem się w okno w salonie, był już wieczór a w kominku wesoło trzaskał ogień. Chyba mnie jednemu w tym domu nie było do śmiechu. Nauczycielom odbiło, myślą że jak będą masowo robić sprawdziany przed feriami to poprawimy średnią. Eh.. tak na pewno, już prędzej mi się obniży niż podwyższy.
- Co masz taką ponurą minę ? Uśmiechnij się ! - Podeszła do mnie Bree i palcami próbowała ułożyć uśmiech na mojej twarzy. - Jest pięknie więc nie myśl że pozwolę ci siedzieć z taką miną.
Bree była chyba najbardziej uśmiechniętą osobą w tym domu. Uwielbiała zimę, a śnieg wywołał u niej stan euforii.
- Łatwo ci mówić, ty nie masz samych sprawdzianów - Powiedziałem zrezygnowanym głosem.
- Ferie już się zaczęły geniuszu - Roześmiała się. A mi szczenna opadła chyba aż to podłogi. - zamknij buzię bo ci mucha wleci - śmiejąc się zajęła na kanapie obok mnie. - powiedz co ty byś beze mnie zrobił.
- Zakuwałbym na śmierć
- Tak myślałam kujonie
Z mojego rodzeństwa to z Bree byłem najbliżej. Od zawsze było wiadomo że Alice trzyma się z Emmetem, a Bree ze mną.
- Jutro urządzimy bitwę na śnieżki - ciszę przerwała Bree.
- Ymm.. co ?
- Oh, Eddie, chyba poproszę tatę żeby zbadał ci słuch, teraz uważaj. Jutro. Będzie. Ubaw ! Zrozumiałeś ? - Uśmiech Bree stawał się coraz szerszy.
- Odbiór - potwierdziłem.
Wybuchliśmy nieopanowanym śmiechem. Po kilku chwilach Bree była już na podłodze.
- Trzeba będzie zwołać ekipę. - Oświadczyła Bree
- Tak, o ile nigdzie nie wyjeżdżają
- Bella wyjeżdża do swojej mamy ?
- Nie wiem...
- Ale za to na pewno będzie Adam - Dodała - A z nim na pewno będzie wesoło
- Nie da się zaprzeczyć.
Siedzieliśmy jeszcze długo przed kominkiem, ciepło płomieni muskało mnie po twarzy, zasypiając wiedziałem tylko jedno, jutro będzie ciekawy dzień.
_______________________________________________________
Przepraszam że rozdział jest dodany po tak długiej przerwie, ja sama jak zobaczyłam że to prawie miesiąc lekko się przeraziłam. W każdym razie rozdział jest, trochę krótki ale postaram się żeby następny był już dłuższy i porządniejszy bo jak wiecie niedługo będą ferie i będzie więcej czasu na pisanie. Ostatnio przeprowadziłam ankietę, ankieta było po to żeby zobaczyć czy by Wam się spodobało gdybym dodała coś paranormalnego, jednak nie obiecuję że to zrobię. Więc to na razie wszystko :)
_______________________________________________________
~Bella~
Weszłam do sali spodziewając się jak zwykle śpiącego Eda, ale zobaczyłam to o czym marzyłam od pięciu dni. Edward był całkiem przytomny i rozmawiał z Adamem. Zamurowało mnie, nie mogłam się poruszyć dopóki Eddie nie wypowiedział mojego imienia. Nie wyglądał dobrze, nadal był blady i raczej mizerny, ale piękny uśmiech na jego twarzy sprawił że motyle zawirowały mi w brzuchu.
- Eddie - rzuciłam się w jego stronę ale Adam złapał mnie i przytrzymał.
- Uważaj księżniczko bo zmiażdżysz śpiącego królewicza - Na ustach miał wredny uśmieszek.
Usłyszałam dzwonek telefonu, Adam mnie puścił, wyjął telefon, zerknął na wyświetlacz. Jego twarz spoważniała, nie mogłam odczytaj pozostałych emocji, ale to chyba było coś ważnego, może mi się wydawało ale zauważyłam że był lekko przerażony. Pewnie to moja wyobraźnia. Adam z pośpiechem skierował się ku drzwiom.
- Zostawię was samych, ale nie martwcie się, wrócę. - dodał na odchodnym.
Nastała krępująca cisza. Nie wiedziałam jak ją przerwać. Już nie myślałam o tajemniczym telefonie. W pewnym momencie Ed z wahaniem dotknął mojej dłoni. Zaskoczył mnie i wyraźnie czekał na moją reakcję. Niepewnie odwzajemniłam uścisk i posłałam mu swój uśmiech.
- I nie strasz mnie tak więcej. - to były jedyne słowa które przyszły mi w tej chwili do głowy.
-----Dwa tygodnie później-----
---Edward---
Właśnie spadł pierwszy śnieg. W tym roku wyjątkowo późno zaczęła się zima. Wpatrywałem się w okno w salonie, był już wieczór a w kominku wesoło trzaskał ogień. Chyba mnie jednemu w tym domu nie było do śmiechu. Nauczycielom odbiło, myślą że jak będą masowo robić sprawdziany przed feriami to poprawimy średnią. Eh.. tak na pewno, już prędzej mi się obniży niż podwyższy.
- Co masz taką ponurą minę ? Uśmiechnij się ! - Podeszła do mnie Bree i palcami próbowała ułożyć uśmiech na mojej twarzy. - Jest pięknie więc nie myśl że pozwolę ci siedzieć z taką miną.
Bree była chyba najbardziej uśmiechniętą osobą w tym domu. Uwielbiała zimę, a śnieg wywołał u niej stan euforii.
- Łatwo ci mówić, ty nie masz samych sprawdzianów - Powiedziałem zrezygnowanym głosem.
- Ferie już się zaczęły geniuszu - Roześmiała się. A mi szczenna opadła chyba aż to podłogi. - zamknij buzię bo ci mucha wleci - śmiejąc się zajęła na kanapie obok mnie. - powiedz co ty byś beze mnie zrobił.
- Zakuwałbym na śmierć
- Tak myślałam kujonie
Z mojego rodzeństwa to z Bree byłem najbliżej. Od zawsze było wiadomo że Alice trzyma się z Emmetem, a Bree ze mną.
- Jutro urządzimy bitwę na śnieżki - ciszę przerwała Bree.
- Ymm.. co ?
- Oh, Eddie, chyba poproszę tatę żeby zbadał ci słuch, teraz uważaj. Jutro. Będzie. Ubaw ! Zrozumiałeś ? - Uśmiech Bree stawał się coraz szerszy.
- Odbiór - potwierdziłem.
Wybuchliśmy nieopanowanym śmiechem. Po kilku chwilach Bree była już na podłodze.
- Trzeba będzie zwołać ekipę. - Oświadczyła Bree
- Tak, o ile nigdzie nie wyjeżdżają
- Bella wyjeżdża do swojej mamy ?
- Nie wiem...
- Ale za to na pewno będzie Adam - Dodała - A z nim na pewno będzie wesoło
- Nie da się zaprzeczyć.
Siedzieliśmy jeszcze długo przed kominkiem, ciepło płomieni muskało mnie po twarzy, zasypiając wiedziałem tylko jedno, jutro będzie ciekawy dzień.
_______________________________________________________
Przepraszam że rozdział jest dodany po tak długiej przerwie, ja sama jak zobaczyłam że to prawie miesiąc lekko się przeraziłam. W każdym razie rozdział jest, trochę krótki ale postaram się żeby następny był już dłuższy i porządniejszy bo jak wiecie niedługo będą ferie i będzie więcej czasu na pisanie. Ostatnio przeprowadziłam ankietę, ankieta było po to żeby zobaczyć czy by Wam się spodobało gdybym dodała coś paranormalnego, jednak nie obiecuję że to zrobię. Więc to na razie wszystko :)
poniedziałek, 16 listopada 2015
Rozdział 11
~Bella~
Szłam przez cmentarz. Było ciemno, księżyc w pełni rozświetlał rozsypujące się nagrobki spowite mgłą. Nie wiedziałam dokąd zmierzam. Nogi same prowadziły mnie w głąb cmentarza. W pewnym momencie pośród starych nagrobków zauważyłam jeden nowy, wykonany z białego marmuru. Na jego tablicy złotymi literami lśnił napis Edward Cullen. Nagle przy grobie pojawili się Adam i Alice, z ich ust wydobywały się tylko trzy słowa: "To twoja wina". Usłyszałam szyderczy śmiech i nawet nie wiem kiedy moje ciało zwróciło się w stronę miejsca z którego dochodził dźwięk. Stanęłam jak wryta a krzyk uwiązł mi w gardle. Zobaczyłam Edwarda, przeraźliwie bladego, z czerwonymi tęczówkami. W szyderczym uśmiechu odsłonił długie śnieżnobiałe kły i rzucił się do mojej szyi.
Obudziłam się z krzykiem. Byłam strasznie spocona a przed oczyma wciąż przelatywały mi obrazy ze snu. Była trzecia w nocy postanowiłam że spróbuję zasnąć ponownie. Jednak moja wyobraźnia miała inne plany. Przez jakiś czas leżałam z zamkniętymi oczami, ale wtedy widziałam przerażającą twarz Cullena. Potem je otworzyłam. Miałam wrażenie że ktoś mnie obserwuje. Spojrzałam w kąt i zobaczyłam ludzką sylwetkę. Rzuciłam się żeby zapalić lampkę. Brawa dla wyobraźni. Postać w cieniu okazała się krzesłem ze stosem ubrań, które dziś rano wyrzuciłam z szafy. Zrezygnowana zapaliłam żyrandol i wzięłam telefon do ręki. Nic, żadnych wiadomości. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Siedziałam na łóżku i wgapiałam się w telefon. Czekanie jest irytujące. Może to dobrze że nie dzwonią, chociaż... . I tak mi mijały godziny, które trwały wieczność. Kiedy zaczęłam chodzić po domu z telefonem w ręce Charlie się wkurzył.
- Chowaj telefon jedziemy do Billego.
- Ale...
- Jak zadzwonią to sobie pojedziesz to tego szpitala, na razie kierunek La Push.
Niechętnie wzięłam kurtkę i wsiadłam do radiowozu Charliego. Jechaliśmy w ciszy. Może to dobrze że jedziemy do rezerwatu, jeszcze nie odwiedziłam Jake`a, a naprawdę sporo czasu się nie widzieliśmy. Ciekawe co u niego.
-- Edward--
Widziałem tylko ciemność. Nie czułem nic. Dookoła mnie słyszałem głosy, nie wiedziałem do kogo należą. Czasami jakiś obraz mignął mi przed oczami. Czy znowu to musi się dziać ? Czy muszę znowu to przechodzić ?
Otworzyłem oczy i natychmiast je zamknąłem. Światło raziło mnie w oczy. Zamrugałem jeszcze kilka razy. Wszystko mnie bolało. Byłem podłączony do aparatury medycznej.
- Obudziłeś się - Usłyszałem głos lekarza.
- Ile byłem nieprzytomny ?
- Pięć dni.
Byłem zaskoczony. Aż tak długo "spałem". Lekarz chyba zauważył przerażenie w moich oczach bo od razu dodał:
- To nie tak długo, niektórzy byli nieprzytomni wiele dłużej po takim ataku niż ty.
Nie za bardzo mnie tym uspokoił.
- Proszę pana co...
- Mówiłem ci żebyś do mnie mówił po imieniu.
- Robert... powiedz mi, co właściwie się stało. - Dziwnie było mi używać jego pełnego imienia. Robert leczył mnie od czasu kiedy zacząłem chorować, był wysokim mężczyzną, o brązowych siwiejących włosach i szarych oczach, zawsze na nosie nosił te swoje okulary które tak bardzo upodabniały go do Harrego Pottera.
Przybrał poważny wyraz twarzy, zastanawiał się chwilę nad odpowiedzią.
- Najwyraźniej nasza terapia nie zadziałała.
Przeżyłem szok. Wiedziałem że może tak być ale z czasem zacząłem mieć nadzieję że wszystko będzie dobrze.
- W Jacksonville jest klinika która zajmuje się takimi przypadkami jak ty. Jesteś już w kolejce oczekujących, twoi rodzice złożyli już wniosek. Będziesz musiał tam zostać kilka miesięcy ale możliwe że wyjdziesz z tamtąd zdrowy.
- Kiedy wyjeżdżam ? - Nie mogłem uwierzyć... to było za piękne by było prawdziwe.
- W styczniu
Za miesiąc.
Nagle usłyszałem okropnie głośne trzaśnięcie drzwiami.
- EDDIE !!!!! - Adam prawie się na mnie rzucił za szczęścia.
- Może zostawię was samych - rzucił Robert wychodząc z sali.
- Nie wierzę że to mówię ale strasznie się o ciebie bałem
- powiedział kiedy rzucił się na mnie w przyjacielskim uścisku.
- Ja też nie wierzę że to słyszę - powiedziałem wesołym głosem.
- Nawet nie wiesz jak się o ciebie martwiliśmy.
- Domyślam się że przychodziłeś codziennie ? - zażartowałem.
- Oczywiście że tak, ale myślę że bardziej zainteresuje cię że Bella była tu nawet częściej od nas wszystkich. - powiedział z początku poważnie a potem z coraz bardziej wrednym uśmieszkiem.
A ja oczywiście musiałem się zarumienić czym jeszcze bardziej ubawiłem Adama.
- Na pewno niedługo tu wpadnie, zaraz kończą się lekcje powinna być za jakieś pół godziny. - powiedział patrząc na zegarek.
- Zerwałeś się z lekcji ?!
- Tak a co ?
- Wiesz czym to ci może grozić ?!
- Tak a co ?
- Dobra tym razem ci odpuszczę - powiedziałem słabym głosem. Ta rozmowa mnie lekko zmęczyła.
Drzwi się otworzyły. Kiedy zobaczyłem osobę która w nich stała moje serce przyśpieszyło, co musiała podkreślić podłączona pode mnie aparatura medyczna.
- Bella
Szłam przez cmentarz. Było ciemno, księżyc w pełni rozświetlał rozsypujące się nagrobki spowite mgłą. Nie wiedziałam dokąd zmierzam. Nogi same prowadziły mnie w głąb cmentarza. W pewnym momencie pośród starych nagrobków zauważyłam jeden nowy, wykonany z białego marmuru. Na jego tablicy złotymi literami lśnił napis Edward Cullen. Nagle przy grobie pojawili się Adam i Alice, z ich ust wydobywały się tylko trzy słowa: "To twoja wina". Usłyszałam szyderczy śmiech i nawet nie wiem kiedy moje ciało zwróciło się w stronę miejsca z którego dochodził dźwięk. Stanęłam jak wryta a krzyk uwiązł mi w gardle. Zobaczyłam Edwarda, przeraźliwie bladego, z czerwonymi tęczówkami. W szyderczym uśmiechu odsłonił długie śnieżnobiałe kły i rzucił się do mojej szyi.
Obudziłam się z krzykiem. Byłam strasznie spocona a przed oczyma wciąż przelatywały mi obrazy ze snu. Była trzecia w nocy postanowiłam że spróbuję zasnąć ponownie. Jednak moja wyobraźnia miała inne plany. Przez jakiś czas leżałam z zamkniętymi oczami, ale wtedy widziałam przerażającą twarz Cullena. Potem je otworzyłam. Miałam wrażenie że ktoś mnie obserwuje. Spojrzałam w kąt i zobaczyłam ludzką sylwetkę. Rzuciłam się żeby zapalić lampkę. Brawa dla wyobraźni. Postać w cieniu okazała się krzesłem ze stosem ubrań, które dziś rano wyrzuciłam z szafy. Zrezygnowana zapaliłam żyrandol i wzięłam telefon do ręki. Nic, żadnych wiadomości. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Siedziałam na łóżku i wgapiałam się w telefon. Czekanie jest irytujące. Może to dobrze że nie dzwonią, chociaż... . I tak mi mijały godziny, które trwały wieczność. Kiedy zaczęłam chodzić po domu z telefonem w ręce Charlie się wkurzył.
- Chowaj telefon jedziemy do Billego.
- Ale...
- Jak zadzwonią to sobie pojedziesz to tego szpitala, na razie kierunek La Push.
Niechętnie wzięłam kurtkę i wsiadłam do radiowozu Charliego. Jechaliśmy w ciszy. Może to dobrze że jedziemy do rezerwatu, jeszcze nie odwiedziłam Jake`a, a naprawdę sporo czasu się nie widzieliśmy. Ciekawe co u niego.
-- Edward--
Widziałem tylko ciemność. Nie czułem nic. Dookoła mnie słyszałem głosy, nie wiedziałem do kogo należą. Czasami jakiś obraz mignął mi przed oczami. Czy znowu to musi się dziać ? Czy muszę znowu to przechodzić ?
Otworzyłem oczy i natychmiast je zamknąłem. Światło raziło mnie w oczy. Zamrugałem jeszcze kilka razy. Wszystko mnie bolało. Byłem podłączony do aparatury medycznej.
- Obudziłeś się - Usłyszałem głos lekarza.
- Ile byłem nieprzytomny ?
- Pięć dni.
Byłem zaskoczony. Aż tak długo "spałem". Lekarz chyba zauważył przerażenie w moich oczach bo od razu dodał:
- To nie tak długo, niektórzy byli nieprzytomni wiele dłużej po takim ataku niż ty.
Nie za bardzo mnie tym uspokoił.
- Proszę pana co...
- Mówiłem ci żebyś do mnie mówił po imieniu.
- Robert... powiedz mi, co właściwie się stało. - Dziwnie było mi używać jego pełnego imienia. Robert leczył mnie od czasu kiedy zacząłem chorować, był wysokim mężczyzną, o brązowych siwiejących włosach i szarych oczach, zawsze na nosie nosił te swoje okulary które tak bardzo upodabniały go do Harrego Pottera.
Przybrał poważny wyraz twarzy, zastanawiał się chwilę nad odpowiedzią.
- Najwyraźniej nasza terapia nie zadziałała.
Przeżyłem szok. Wiedziałem że może tak być ale z czasem zacząłem mieć nadzieję że wszystko będzie dobrze.
- W Jacksonville jest klinika która zajmuje się takimi przypadkami jak ty. Jesteś już w kolejce oczekujących, twoi rodzice złożyli już wniosek. Będziesz musiał tam zostać kilka miesięcy ale możliwe że wyjdziesz z tamtąd zdrowy.
- Kiedy wyjeżdżam ? - Nie mogłem uwierzyć... to było za piękne by było prawdziwe.
- W styczniu
Za miesiąc.
Nagle usłyszałem okropnie głośne trzaśnięcie drzwiami.
- EDDIE !!!!! - Adam prawie się na mnie rzucił za szczęścia.
- Może zostawię was samych - rzucił Robert wychodząc z sali.
- Nie wierzę że to mówię ale strasznie się o ciebie bałem
- powiedział kiedy rzucił się na mnie w przyjacielskim uścisku.
- Ja też nie wierzę że to słyszę - powiedziałem wesołym głosem.
- Nawet nie wiesz jak się o ciebie martwiliśmy.
- Domyślam się że przychodziłeś codziennie ? - zażartowałem.
- Oczywiście że tak, ale myślę że bardziej zainteresuje cię że Bella była tu nawet częściej od nas wszystkich. - powiedział z początku poważnie a potem z coraz bardziej wrednym uśmieszkiem.
A ja oczywiście musiałem się zarumienić czym jeszcze bardziej ubawiłem Adama.
- Na pewno niedługo tu wpadnie, zaraz kończą się lekcje powinna być za jakieś pół godziny. - powiedział patrząc na zegarek.
- Zerwałeś się z lekcji ?!
- Tak a co ?
- Wiesz czym to ci może grozić ?!
- Tak a co ?
- Dobra tym razem ci odpuszczę - powiedziałem słabym głosem. Ta rozmowa mnie lekko zmęczyła.
Drzwi się otworzyły. Kiedy zobaczyłem osobę która w nich stała moje serce przyśpieszyło, co musiała podkreślić podłączona pode mnie aparatura medyczna.
- Bella
sobota, 31 października 2015
Rozdział 10
~ Bella ~
Jeszcze nigdy w życiu nie jechałam tak szybko. Domy rozmazywały mi się przed oczami. Moim celem był jedynie jak najszybszy dojazd do szpitala. Nie mogłam dogonić swoich myśli... Czemu się na nich obraziłam ? To była durnota, tylko się o mnie martwili a ja na nich naskoczyłam. Głupia, głupia, głupia !!! Nie, stop, skup się na drodze bo zaraz nie będziesz jechała samochodem tylko karetką.
W końcu dojechałam na miejsce. Wbiegłam do środka i od razu ruszyłam do recepcji. Oczywiście tradycja: "Pani z rodziny ?". I tak oto musiałam działać na własną rękę. Na szczęście spotkałam Sarah.
- Sarah, proszę powiedz mi gdzie jest Edward. - Błagałam ją. Byłam gotowa upaść na kolana.
- Chodź. - Pociągnęła mnie za rękę do windy. - Ed jest w ciężkim stanie, nie wiadomo jak to się skończy. - Powiedziała z ponurą miną.
- Co mu jest ?
- Nie wiem tego, zapytaj Adama albo Alice.
- Jesteś dziewczyną Adama i o nic się go nie zapytałaś ?
- Pytałam się, ale nic mi nie powiedział.
Wyszłyśmy z windy. Pod ostrym dyżurem stali Adam, Haleowie i Cullenowie. Matka Eda płakała. Podeszłam do nich razem z Sarah, i ze skruchą w głosie zwróciłam się do Alice i Emmeta.
- Bardzo was przepraszam, tak głupio się zachowałam...
- Nic się nie stało. - Odpowiedzieli mi.
Staliśmy tak bardzo długo, wpatrując się w drzwi ostrego dyżuru.
- Czemu... - Zapytałam ale mi przerwano.
- Eddie czuł się dobrze nie wiem czemu znowu... - Mama Eda powiedziała do mnie, ale nie zdążyła skończyć zdania bo zaniosła się większym płaczem.
Nie zapytałam się o nic więcej, wiedziałam że to nie jest najlepszy moment.
- Bello, wracaj do domu twój ojciec pewnie się o ciebie martwi. - Przerwał ciszę doktor Cullen.
- Myślę że mogę zostać jeszcze trochę. - Mówiąc trochę mam na myśli długo.
Zostałam i dalej nie mieliśmy wiadomości o stanie Edwarda. Na korytarzu panowała grobowa cisza. Byliśmy zbyt przejęci żeby rozmawiać. Tata Eda też nic nie wiedział o jego stanie, mimo że był tu lekarzem. Jasper i Rosalie wyszli najwcześniej ze szpitala, musieli dokończyć projekt na jutro, niechętnie odeszli. Kiedy zaczęłam robić się śpiąca spojrzałam na zegar. Była dwudziesta trzecia. Powinnam już iść, ale nie chciałam. Nagle odezwał się pan Cullen.
- Emmet, Alice, Bree jedźcie już, mama was zawiezie, Bello też jedź z nimi.
- Ale...
- Zadzwonię do ciebie jakby coś się wydarzyło - Powiedział doktor Cullen. - Do was też. - Spojrzał na Adama i Sarah.
Nie miałam siły się sprzeczać, więc kiedy tylko Cullenowie wstali podążyłam za nimi. Mama Edwarda poprosiła o klucze od mojego samochodu bo sama przyjechała ze swoim mężem. Po dwudziestu minutach byłam w domu. Nie mogłam spać, męczyłam się w łóżku dobre kilka godzin. Cały czas myślami byłam przy Edwardzie i to spędzało mi sen z powiek. Postanowiłam nałożyć słuchawki na uszy i wsłuchana w melodię piosenki nie wiem kiedy odpłynęłam.
Jeszcze nigdy w życiu nie jechałam tak szybko. Domy rozmazywały mi się przed oczami. Moim celem był jedynie jak najszybszy dojazd do szpitala. Nie mogłam dogonić swoich myśli... Czemu się na nich obraziłam ? To była durnota, tylko się o mnie martwili a ja na nich naskoczyłam. Głupia, głupia, głupia !!! Nie, stop, skup się na drodze bo zaraz nie będziesz jechała samochodem tylko karetką.
W końcu dojechałam na miejsce. Wbiegłam do środka i od razu ruszyłam do recepcji. Oczywiście tradycja: "Pani z rodziny ?". I tak oto musiałam działać na własną rękę. Na szczęście spotkałam Sarah.
- Sarah, proszę powiedz mi gdzie jest Edward. - Błagałam ją. Byłam gotowa upaść na kolana.
- Chodź. - Pociągnęła mnie za rękę do windy. - Ed jest w ciężkim stanie, nie wiadomo jak to się skończy. - Powiedziała z ponurą miną.
- Co mu jest ?
- Nie wiem tego, zapytaj Adama albo Alice.
- Jesteś dziewczyną Adama i o nic się go nie zapytałaś ?
- Pytałam się, ale nic mi nie powiedział.
Wyszłyśmy z windy. Pod ostrym dyżurem stali Adam, Haleowie i Cullenowie. Matka Eda płakała. Podeszłam do nich razem z Sarah, i ze skruchą w głosie zwróciłam się do Alice i Emmeta.
- Bardzo was przepraszam, tak głupio się zachowałam...
- Nic się nie stało. - Odpowiedzieli mi.
Staliśmy tak bardzo długo, wpatrując się w drzwi ostrego dyżuru.
- Czemu... - Zapytałam ale mi przerwano.
- Eddie czuł się dobrze nie wiem czemu znowu... - Mama Eda powiedziała do mnie, ale nie zdążyła skończyć zdania bo zaniosła się większym płaczem.
Nie zapytałam się o nic więcej, wiedziałam że to nie jest najlepszy moment.
- Bello, wracaj do domu twój ojciec pewnie się o ciebie martwi. - Przerwał ciszę doktor Cullen.
- Myślę że mogę zostać jeszcze trochę. - Mówiąc trochę mam na myśli długo.
Zostałam i dalej nie mieliśmy wiadomości o stanie Edwarda. Na korytarzu panowała grobowa cisza. Byliśmy zbyt przejęci żeby rozmawiać. Tata Eda też nic nie wiedział o jego stanie, mimo że był tu lekarzem. Jasper i Rosalie wyszli najwcześniej ze szpitala, musieli dokończyć projekt na jutro, niechętnie odeszli. Kiedy zaczęłam robić się śpiąca spojrzałam na zegar. Była dwudziesta trzecia. Powinnam już iść, ale nie chciałam. Nagle odezwał się pan Cullen.
- Emmet, Alice, Bree jedźcie już, mama was zawiezie, Bello też jedź z nimi.
- Ale...
- Zadzwonię do ciebie jakby coś się wydarzyło - Powiedział doktor Cullen. - Do was też. - Spojrzał na Adama i Sarah.
Nie miałam siły się sprzeczać, więc kiedy tylko Cullenowie wstali podążyłam za nimi. Mama Edwarda poprosiła o klucze od mojego samochodu bo sama przyjechała ze swoim mężem. Po dwudziestu minutach byłam w domu. Nie mogłam spać, męczyłam się w łóżku dobre kilka godzin. Cały czas myślami byłam przy Edwardzie i to spędzało mi sen z powiek. Postanowiłam nałożyć słuchawki na uszy i wsłuchana w melodię piosenki nie wiem kiedy odpłynęłam.
piątek, 23 października 2015
Rozdział 9
--- Edward ---
Bella od pewnego czasu dziwnie się zachowuje. Nie może mi się wydawać bo Alice i Emmet też tak mówią. W szkole jest nieobecna, nie, jest ale nie myślami. Widać że się martwi, a jak ona się martwi to martwię się i ja. Dzisiaj było tak samo, Bella wpada na Adama, w sumie nie powinienem się dziwić ale przed Adamem była reszta szkoły. Teraz ja, Alice i Emmet rozmawialiśmy o wydarzeniu które ma organizować samorząd, nikt nie wie co to będzie. Bella też z nami "rozmawiała".
- Halo! Ziemia do Belli. - Alice pomachała jej ręką przed oczami.
Zamrugała i chyba dopiero zdała sobie sprawę że z nią rozmawiamy, a raczej próbujemy.
- Co ? Przepraszam zamyśliłam się.
- Zamyśliłaś się ? Nie myślałem że kiedyś to od ciebie usłyszę. Więc o czym tak myślałaś ? - Wtrącił Emmet.
Wszyscy spojrzeliśmy na nią wyczekująco.
- Nie wasza sprawa ! - Zdenerwowała się i poszła w stronę stołówki.
Dobra to już nie dziwne, to niepokojące, coś się działo a Bella ewidentnie nie chcę nam powiedzieć co. Weszliśmy do stołówki. Przy naszym stoliku siedział już Haleowie, Adam i Sarah, ale Belli nie było.
- Hej wszystkim ! Ktoś wie czemu Bella siedzi z bandą Newtona ? - Zapytał Adam.
- CO !? - wszyscy z tym samym pytaniem na ustach spojrzeliśmy na stolik Newtona. Tam Bella normalnie rozmawiała, śmiała się i starannie starała się nie patrzeć w naszą stronę.
Nie mogłem uwierzyć ! Tylko raz się zapytaliśmy co się stało a ona już tam. Jakby nie wiem o co byśmy się zapytali. Zraniło mnie to. Czyżby nam nie ufała ? Nagle bardzo źle się poczułem, dawno nie było aż tak źle, ciemniało mi przed oczami.Wiedziałem że znowu się zaczyna.
~ Bella ~
Zdenerwowana weszłam do stołówki. Minęłam szerokim łukiem stolik Cullenów i usiadłam z Mikiem co wywołało powszechne zdziwienie.
- Bella. Co się stało że nas zaszczyciłaś. - Odezwała się jadowitym głosem Lauren.
- Nie mogę tak po prostu dosiąść się do przyjaciół ? - Odezwałam się jak najsłodszym głosikiem.
- A tamci ? - Zapytał podejrzliwie Mike.
- A tamci co ? - Zapytałam z irytacją w głosie
- No wiesz przez ostatni miesiąc z nimi przesiadywałaś. - Wtrąciła wyraźnie zaciekawiona Jessica.
- No to najwyższy czas żebym z wami posiedziała. - Odpowiedziałam.
Jakimś cudem udało nam się rozluźnić atmosferę i nawet zaczęliśmy żartować. Starałam się nie patrzeć w stronę Cullenów. Co nie było proste. W końcu nie wytrzymałam. Cała ich paczka była w szoku, kiedy tylko na nich spojrzałam odwrócili głowy... wszyscy oprócz Edwarda. Nie potrafiłam opisać jak na mnie patrzył, to było to spojrzenie które wywołuje wrzuty sumienia. Nagle zbladł, zaczął osuwać się na krześle. Cały ich stolik był w szoku, ale nie tak jak ja. Alice wyjęła telefon a Emmet i Adam przełożyli sobie ręce Eda przez ramię i szybkim krokiem, wręcz biegiem wszyscy wyszli ze stołówki.
- Na co patrzysz ? - Zapytał Eric.
- Muszę iść. - Powiedziałam szybko i wybiegłam ze stołówki.
Zadzwonił dzwonek na ostatnią lekcję a ja nadal pędziłam korytarzami żeby jak najszybciej dostać się na dziedziniec.Coraz wyraźniej słychać było syrenę pogotowia. Wybiegłam na dziedziniec i zamarłam. Zobaczyłam jak kilku ratowników wnosi na noszach do karetki nieprzytomnego Eda. Miałam w głowie tylko jedną myśl: jechać razem z nimi ! Już wsiadałam do karetki kiedy ratownik mnie zatrzymał.
- Tylko rodzina.
Próbowałam protestować lecz i tak to nic nie dało. Biegiem wsiadłam do swojego samochodu i jechałam tak szybko jak jeszcze nigdy w życiu.
_______________________________________________________
Dziękuję dla mojej koleżanki z której pomocą udało mi się skończyć ten rozdział :). Proszę o Wasze opinie :).
Bella od pewnego czasu dziwnie się zachowuje. Nie może mi się wydawać bo Alice i Emmet też tak mówią. W szkole jest nieobecna, nie, jest ale nie myślami. Widać że się martwi, a jak ona się martwi to martwię się i ja. Dzisiaj było tak samo, Bella wpada na Adama, w sumie nie powinienem się dziwić ale przed Adamem była reszta szkoły. Teraz ja, Alice i Emmet rozmawialiśmy o wydarzeniu które ma organizować samorząd, nikt nie wie co to będzie. Bella też z nami "rozmawiała".
- Halo! Ziemia do Belli. - Alice pomachała jej ręką przed oczami.
Zamrugała i chyba dopiero zdała sobie sprawę że z nią rozmawiamy, a raczej próbujemy.
- Co ? Przepraszam zamyśliłam się.
- Zamyśliłaś się ? Nie myślałem że kiedyś to od ciebie usłyszę. Więc o czym tak myślałaś ? - Wtrącił Emmet.
Wszyscy spojrzeliśmy na nią wyczekująco.
- Nie wasza sprawa ! - Zdenerwowała się i poszła w stronę stołówki.
Dobra to już nie dziwne, to niepokojące, coś się działo a Bella ewidentnie nie chcę nam powiedzieć co. Weszliśmy do stołówki. Przy naszym stoliku siedział już Haleowie, Adam i Sarah, ale Belli nie było.
- Hej wszystkim ! Ktoś wie czemu Bella siedzi z bandą Newtona ? - Zapytał Adam.
- CO !? - wszyscy z tym samym pytaniem na ustach spojrzeliśmy na stolik Newtona. Tam Bella normalnie rozmawiała, śmiała się i starannie starała się nie patrzeć w naszą stronę.
Nie mogłem uwierzyć ! Tylko raz się zapytaliśmy co się stało a ona już tam. Jakby nie wiem o co byśmy się zapytali. Zraniło mnie to. Czyżby nam nie ufała ? Nagle bardzo źle się poczułem, dawno nie było aż tak źle, ciemniało mi przed oczami.Wiedziałem że znowu się zaczyna.
~ Bella ~
Zdenerwowana weszłam do stołówki. Minęłam szerokim łukiem stolik Cullenów i usiadłam z Mikiem co wywołało powszechne zdziwienie.
- Bella. Co się stało że nas zaszczyciłaś. - Odezwała się jadowitym głosem Lauren.
- Nie mogę tak po prostu dosiąść się do przyjaciół ? - Odezwałam się jak najsłodszym głosikiem.
- A tamci ? - Zapytał podejrzliwie Mike.
- A tamci co ? - Zapytałam z irytacją w głosie
- No wiesz przez ostatni miesiąc z nimi przesiadywałaś. - Wtrąciła wyraźnie zaciekawiona Jessica.
- No to najwyższy czas żebym z wami posiedziała. - Odpowiedziałam.
Jakimś cudem udało nam się rozluźnić atmosferę i nawet zaczęliśmy żartować. Starałam się nie patrzeć w stronę Cullenów. Co nie było proste. W końcu nie wytrzymałam. Cała ich paczka była w szoku, kiedy tylko na nich spojrzałam odwrócili głowy... wszyscy oprócz Edwarda. Nie potrafiłam opisać jak na mnie patrzył, to było to spojrzenie które wywołuje wrzuty sumienia. Nagle zbladł, zaczął osuwać się na krześle. Cały ich stolik był w szoku, ale nie tak jak ja. Alice wyjęła telefon a Emmet i Adam przełożyli sobie ręce Eda przez ramię i szybkim krokiem, wręcz biegiem wszyscy wyszli ze stołówki.
- Na co patrzysz ? - Zapytał Eric.
- Muszę iść. - Powiedziałam szybko i wybiegłam ze stołówki.
Zadzwonił dzwonek na ostatnią lekcję a ja nadal pędziłam korytarzami żeby jak najszybciej dostać się na dziedziniec.Coraz wyraźniej słychać było syrenę pogotowia. Wybiegłam na dziedziniec i zamarłam. Zobaczyłam jak kilku ratowników wnosi na noszach do karetki nieprzytomnego Eda. Miałam w głowie tylko jedną myśl: jechać razem z nimi ! Już wsiadałam do karetki kiedy ratownik mnie zatrzymał.
- Tylko rodzina.
Próbowałam protestować lecz i tak to nic nie dało. Biegiem wsiadłam do swojego samochodu i jechałam tak szybko jak jeszcze nigdy w życiu.
_______________________________________________________
Dziękuję dla mojej koleżanki z której pomocą udało mi się skończyć ten rozdział :). Proszę o Wasze opinie :).
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)