poniedziałek, 16 listopada 2015

Rozdział 11

                                                     ~Bella~
  Szłam przez cmentarz. Było ciemno, księżyc w pełni rozświetlał rozsypujące się nagrobki spowite mgłą. Nie wiedziałam dokąd zmierzam. Nogi same prowadziły mnie w głąb cmentarza. W pewnym momencie pośród starych nagrobków zauważyłam jeden nowy, wykonany z białego marmuru. Na jego tablicy złotymi literami lśnił napis Edward Cullen. Nagle przy grobie pojawili się Adam i Alice, z ich ust wydobywały się tylko trzy słowa: "To twoja wina". Usłyszałam szyderczy śmiech i nawet nie wiem kiedy moje ciało zwróciło się w stronę miejsca z którego dochodził dźwięk. Stanęłam jak wryta a krzyk uwiązł mi w gardle. Zobaczyłam Edwarda, przeraźliwie bladego, z czerwonymi tęczówkami. W szyderczym uśmiechu odsłonił długie śnieżnobiałe kły i rzucił się do mojej szyi.
  Obudziłam się z krzykiem. Byłam strasznie spocona a przed oczyma wciąż przelatywały mi obrazy ze snu. Była trzecia w nocy postanowiłam że spróbuję zasnąć ponownie. Jednak moja wyobraźnia miała inne plany. Przez jakiś czas leżałam z zamkniętymi oczami, ale wtedy widziałam przerażającą twarz Cullena. Potem je otworzyłam. Miałam wrażenie że ktoś mnie obserwuje. Spojrzałam w kąt i zobaczyłam ludzką sylwetkę. Rzuciłam się żeby zapalić lampkę. Brawa dla wyobraźni. Postać w cieniu okazała się krzesłem ze stosem ubrań, które dziś rano wyrzuciłam z szafy. Zrezygnowana zapaliłam żyrandol i wzięłam telefon do ręki. Nic, żadnych wiadomości. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Siedziałam na łóżku i wgapiałam się w telefon. Czekanie jest irytujące. Może to dobrze że nie dzwonią, chociaż... . I tak mi mijały godziny, które trwały wieczność. Kiedy zaczęłam chodzić po domu z telefonem w ręce Charlie się wkurzył.
- Chowaj telefon jedziemy do Billego.
- Ale...
- Jak zadzwonią to sobie pojedziesz to tego szpitala, na razie kierunek La Push.
 Niechętnie wzięłam kurtkę i wsiadłam do radiowozu Charliego. Jechaliśmy w ciszy. Może to dobrze że jedziemy do rezerwatu, jeszcze nie odwiedziłam Jake`a, a naprawdę sporo czasu się nie widzieliśmy. Ciekawe co u niego.
 
                                                       -- Edward--
  Widziałem tylko ciemność. Nie czułem nic. Dookoła mnie słyszałem głosy, nie wiedziałem do kogo należą. Czasami jakiś obraz mignął mi przed oczami. Czy znowu to musi się dziać ? Czy muszę znowu to przechodzić ?
 
  Otworzyłem oczy i natychmiast je zamknąłem. Światło raziło mnie w oczy. Zamrugałem jeszcze kilka razy. Wszystko mnie bolało. Byłem podłączony do aparatury medycznej.
- Obudziłeś się - Usłyszałem głos lekarza.
- Ile byłem nieprzytomny ?
- Pięć dni.
Byłem zaskoczony. Aż tak długo "spałem". Lekarz chyba zauważył przerażenie w moich oczach bo od razu dodał:
- To nie tak długo, niektórzy byli nieprzytomni wiele dłużej po takim ataku niż ty.
Nie za bardzo mnie tym uspokoił.
- Proszę pana co...
- Mówiłem ci żebyś do mnie mówił po imieniu.
- Robert... powiedz mi, co właściwie się stało. - Dziwnie było mi używać jego pełnego imienia. Robert leczył mnie od czasu kiedy zacząłem chorować, był wysokim mężczyzną, o brązowych siwiejących włosach i szarych oczach, zawsze na nosie nosił te swoje okulary które tak bardzo upodabniały go do Harrego Pottera.
Przybrał poważny wyraz twarzy, zastanawiał się chwilę nad odpowiedzią.
- Najwyraźniej nasza terapia nie zadziałała.
Przeżyłem szok. Wiedziałem że może tak być ale z czasem zacząłem mieć nadzieję że wszystko będzie dobrze.
- W Jacksonville jest klinika która zajmuje się takimi przypadkami jak ty. Jesteś już w kolejce oczekujących, twoi rodzice złożyli już wniosek. Będziesz musiał tam zostać kilka miesięcy ale możliwe że wyjdziesz z tamtąd zdrowy.
- Kiedy wyjeżdżam ? - Nie mogłem uwierzyć... to było za piękne by było prawdziwe.
- W styczniu
Za miesiąc.
Nagle usłyszałem okropnie głośne trzaśnięcie drzwiami.
- EDDIE !!!!! - Adam prawie się na mnie rzucił za szczęścia.
- Może zostawię was samych - rzucił Robert wychodząc z sali.
- Nie wierzę że to mówię ale strasznie się o ciebie bałem
- powiedział kiedy rzucił się na mnie w przyjacielskim uścisku.
- Ja też nie wierzę że to słyszę - powiedziałem wesołym głosem.
- Nawet nie wiesz jak się o ciebie martwiliśmy.
- Domyślam się że przychodziłeś codziennie ? - zażartowałem.
- Oczywiście że tak, ale myślę że bardziej zainteresuje cię że Bella była tu nawet częściej od nas wszystkich. - powiedział z początku poważnie a potem z coraz bardziej wrednym uśmieszkiem.
A ja oczywiście musiałem się zarumienić czym jeszcze bardziej ubawiłem Adama.
- Na pewno niedługo tu wpadnie, zaraz kończą się lekcje powinna być za jakieś pół godziny. - powiedział patrząc na zegarek.
- Zerwałeś się z lekcji ?!
- Tak a co ?
- Wiesz czym to ci może grozić ?!
- Tak a co ?
- Dobra tym razem ci odpuszczę - powiedziałem słabym głosem. Ta rozmowa mnie lekko zmęczyła.
Drzwi się otworzyły. Kiedy zobaczyłem osobę która w nich stała moje serce przyśpieszyło, co musiała podkreślić podłączona pode mnie aparatura medyczna.
- Bella